Premiera: Ferrari Luce to najdroższa Multipla w historii motoryzacji. Na szczęście jej wnętrze to już inna bajka
Pierwszy elektryk w gamie Ferrari – model Luce – zdążył już uzyskać od internautów niechlubne miano drugiej Multipli w wersji ultra-premium. Pierwsze “smaczki” opublikowane w lutym 2026 roku przez włoskiego producenta rozgrzały fanów Ferrari do kultowej dla marki czerwoności, sugerując kierunek rozwoju rewolucyjnego projektu w stronę maksymalnej analogowości i nawiązań do legendarnych modeli. Nic więc dziwnego, że po odsłonięciu nadwozia podczas premiery fani marki zaczęli zastanawiać się, czy to dalej Ferrari, czy może Tesla lub Apple Car. Co wiemy na temat głośnej premiery Ferrari Luce?
Pierwszy elektryk w gamie Ferrari, czyli głośny model Luce, otrzymał od Włochów niezwykle ważne zadanie. Choć nie miał on zastąpić czy nawet całkowicie wyprzeć legendarnych silników spalinowych Ferrari, Luce miało być absolutnym pokazem szczytu inżynieryjnego w zakresie architektury pojazdu, niespotykanych w konwencjonalnych rozwiązaniach osiągów oraz aerodynamiki. Co ciekawe, rewolucyjny projekt Włochów powstał na bazie rozwiązań zastosowanych w torowym modelu 499P, który triumfował w World Endurance Championship.
Nic więc dziwnego, że oczekiwania były ogromne. Ferrari Luce zadebiutowało na rynku 25 maja 2026 roku w bardzo ważnym historycznie dla Włochów miejscu – w rzymskim kompleksie Vela di Calatrava – Città dello Sport. Dokładnie w tym samym miejscu, 25 maja 1947 roku, Franco Cortese odniósł historyczne zwycięstwo za kierownicą Ferrari 125 S w Grand Prix Rzymu na torze Termy Karakalli. Powrót po 79 latach w dokładnie to samo miejsce miał przypieczętować nowy rozdział w historii włoskiej marki.
Czy elektryczne Ferrari Luce ma szansę odnieść sukces rynkowy? Nie wszyscy są do tego przekonani. Przedstawiamy najważniejsze informacje o pierwszym elektryku w gamie Ferrari.
Apple Car, Tesla i znaczek Ferrari w jednym – kontrowersyjny design modelu Luce
Ferrari Luce jest pierwszym w historii marki pięciomiejscowym i czterodrzwiowym gran turismo. Mierzy on 5026 mm długości, 1999 mm szerokości oraz 1544 mm wysokości przy rozstawie osi na poziomie 2961 mm. Tylne drzwi otwierają się elektrycznie w kierunku przeciwnym do jazdy, przy użyciu przycisku na słupku B.

Wykorzystanie napędu elektrycznego pozwoliło inżynierom na maksymalne skupienie się na aerodynamice samochodu. Co ciekawe, Ferrari Luce uzyskało najniższy współczynnik oporu powietrza w historii drogowych modeli Ferrari, na poziomie 0,254 cD. Było to możliwe za sprawą niekrzykliwych i subtelnych rozwiązań, m.in. aktywnych żaluzji chłodnic oraz obniżającego przód auta o 10 mm przy wysokich prędkościach aktywnego zawieszenia. Ciekawym elementem aerodynamicznym są także “pływające” skrzydła umieszczone z przodu i z tyłu auta, które zastąpiły agresywnie stylizowane spojlery.
Największe kontrowersje wzbudziło jednak samo nadwozie, które pozostało tajemnicą aż do momentu debiutu. Jest ono wyraźnie gładsze i bardziej obłe, niż zdążyło nas przyzwyczaić do tego Ferrari. Panele przedniego i tylnego oświetlenia zostały w pełni zintegrowane z karoserią, przez co po wyłączeniu reflektorów stają się one niemal przezroczyste. Najważniejszym elementem nadwozia jest jednak tzw. glass house, czyli jednolita szklana kopuła przywołująca na myśl muszlę, która płynnie przechodzi w linię nadwozia. Fani klasycznych rozwiązań docenią za to podwójne, okrągłe tylne lampy, które bezpośrednio nawiązują do kultowych modeli 458 Italia i 360 Modena. Elektryczny Luce porusza się na 23-calowych felgach z przodu oraz 24-calowych z tyłu, a nadwozie w dniu premiery dostępne było w pięciu kolorach: Rosso Dino, Azzurro la Plata, Giallo Luce, Bianco Artico oraz Rosso Fiammante.

Fani Ferrari oczywiście będą zastanawiać się, co tu poszło nie tak i dlaczego Włosi tak drastycznie odeszli od charakterystycznego dla marki stylu. Odpowiedzią jest współpraca z zewnętrznym kolektywem projektowym LoveFrom oraz osobami odpowiedzialnymi za design produktów Apple – Sir Jonym Ivem oraz Marcem Newsonem. Docelowo strategia Ferrari zakładała stworzenie samochodu ze świeżym spojrzeniem na segment aut luksusowych – to z pewnością się udało, choć nie każdy będzie z tego zadowolony. Luce absolutnie nie przypomina klasycznej dla Ferrari stylistyki i być może jest to największy błąd projektantów, ale być może również sukces – Włosi wprost przyznają, że Luce skierowane jest przede wszystkim do kierowców ceniących nowoczesne rozwiązania i technologiczne nowinki, którzy wcześniej nie rozważali zakupu samochodu marki Ferrari.
Ale nie liczy się wygląd, liczy się wnętrze…
Wielu fanów klasyki mogłoby się zgodzić choć połowicznie z takim stwierdzeniem – wewnątrz kabiny Ferrari Luce dzieje się bowiem największa magia. Paradoksalnie to właśnie w tym miejscu udział designerów Apple był największy, a wyjątkowo przestronna jak na Ferrari kabina wyrasta na jeden z największych atutów debiutującego Luce.
Ku zdziwieniu wielu – właściwie już w lutym 2026 roku, gdy po raz pierwszy zaprezentowano wnętrze Luce – nie znajdziemy tu prawdziwego pokazu ekranozy. Zamiast tego inżynierowie postawili na liczne aluminiowe pokrętła i przyciski. Do dyspozycji kierowcy pozostają cztery ekrany OLED od Samsunga, liczące 12,9 cala, 12 cali, 10,1 cala oraz 6,3 cala. Centralny wyświetlacz możemy przesuwać i obracać w dowolnym kierunku. Ciekawym elementem i nawiązaniem do klasyki jest zestaw wskaźników przypominający analogowe zegary, który został stworzony z dwóch nałożonych na siebie warstw wyświetlacza z fizycznymi wycięciami i aluminiowymi ramkami. Dodatkowym “smaczkiem” z segmentu luksusu jest kluczyk samochodowy wykonany ze szkła Gorilla Glass, który został wyposażony w wyświetlacz E-ink – analogiczne rozwiązanie, jakie znajdziemy w czytnikach e-booków. O doznania akustyczne zadba za to nowoczesny, 24-kanałowy system audio z 21 głośnikami o mocy 3000 W.

Prawdziwym wyróżnikiem Ferrari Luce jest jego praktyczność i użyteczność w codziennym życiu. Bagażnik oferuje 597 litrów pojemności, co oznacza, że w luksusowym hipersamochodzie możemy pomieścić tyle bagażu, co w zdecydowanie większych, rodzinnych SUV-ach. Sama kabina Luce jest wyjątkowo komfortowa i przestronna w porównaniu do innych modeli Ferrari, co było możliwe dzięki całkowitemu wyeliminowaniu tunelu środkowego i umieszczeniu baterii EV pod podłogą.
Wnętrze Ferrari Luce wyróżnia się na tle swoich konkurentów i nie krzyczy swoją ostentacyjną nowoczesnością – i to prawdopodobnie jest największy atut tego modelu. Pozwala ono nawet na chwilę przenieść się w retro-świat za sprawą nawiązań do klasyki oraz analogowych rozwiązań, a tym samym zapomnieć, że właśnie prowadzimy relatywnie cichego elektryka, a nie włoską bestię z silnikiem V12.
A co z rykiem Ferrari?
Największym wyzwaniem dla Ferrari w obrębie elektromobilności było rozwiązanie problemu braku ryczącego, kultowego silnika V12. Co ciekawe, Włosi nie zdecydowali się na najprostszą drogę, czyli wykorzystanie syntetycznych, nienaturalnych dźwięków imitujących silnik spalinowy. Zamiast tego wykorzystano opatentowany system akcelerometrów zamontowanych na obu osiach, które wykorzystują naturalne dźwięki mechaniczne i wibracje pracujących silników elektrycznych. Dźwięk przechodzi proces filtracji i wzmacniania, a następnie jest emitowany do wnętrza pojazdu i na zewnątrz.
Osiągi, które stawiają kropkę nad “i” w elektromobilności
Ferrari Luce bazuje na dedykowanej platformie elektrycznej z architekturą 800V, wykorzystując do napędu cztery niezależne silniki elektryczne o strumieniu promieniowym (radial-flux) po jednym na każde koło. Łączna moc systemowa wynosi aż 1050 KM (772 kW), a moment obrotowy to 990 Nm. Co ciekawe, moment obrotowy na kołach sięga aż 11 500 Nm – wirniki silników wykorzystują węglowe osłony oraz konfigurację magnesów Halbacha, co pozwoliło na uzyskanie przyspieszenia kątowego wynoszącego 45 000 obr./min/s. Przekładając to na realia, silnik Luce wkręca się od zera do maksymalnych obrotów w niecałą sekundę, co jest prawdziwym pokazem możliwości elektrycznego modelu. Przyspieszenie od 0 do 100 km/h wynosi 2,5 sekundy, a prędkość maksymalna to 310 km/h.
Ferrari Luce bazuje na baterii o pojemności 122 kWh brutto, która została specjalnie zaprojektowana jako element strukturalny podwozia, co pozwoliło na obniżenie środka ciężkości o 95 mm względem modelu Purosangue. Ładowanie auta przy szybkiej stacji DC z mocą do 350 kW pozwala uzupełnić 70 kWh energii w około 20 minut, a deklarowany zasięg w cyklu mieszanym WLTP wynosi 530 km.
Centralnym punktem zarządzania pracą układu napędowego jest debiutujący w Ferrari komputer centralny Vehicle Control Unit (VCU), którego głównym zadaniem jest koordynacja przepływu energii. Działa on we współpracy z nowym systemem Side Slip Control X oraz układem FLOW, który wektoruje moment obrotowy na obu osiach.
Kierowca może zarządzać wydajnością układu manualnie, za pomocą pokrętła e-Manettino na kierownicy z trzema trybami jazdy: Range (gdzie moc spada do 320 kW z ograniczeniem zużycia prądu o 15% przy prędkości maksymalnej 260 km/h, a przednia oś jest odłączana), Tour z podniesieniem wydajności do 460 kW i napędem na obie osie oraz Performance z mocą 725 kW i pełną prędkością maksymalną do 310 km/h. Aktywowanie najważniejszego i najmocniejszego trybu Launch Control następuje za pomocą dźwigni umieszczonej na podsufitce, pozwalając osiągnąć maksymalne 1050 KM.
Najciekawszym pomysłem, łączącym nowoczesność z tradycyjnym klimatem, jest rozwiązanie Torque Shift Engagement. Steruje się nim za pomocą pokaźnych, magnetycznych łopatek umieszczonych tuż za kierownicą. Włosi zrezygnowali tu ze sztuczek współczesnych elektryków – nie ma mowy o symulowaniu zmiany biegów czy sztucznych szarpnięciach. Łopatki te dają realną władzę, pozwalając kierowcy osobiście dawkować moment obrotowy i decydować o sile hamowania regeneracyjnego. W efekcie za kółkiem możemy znowu poczuć surową, fizyczną kontrolę nad maszyną.
Podsumowanie – czy Ferrari Luce ma szansę na sukces?
Ceny nowego Ferrari Luce mają startować od 550 000 euro, co w przeliczeniu na złotówki daje nam około 2,5-3 milionów złotych. Dodatkowo Włosi oferują 7-letni program bezpłatnego serwisowania oraz 8-letnią gwarancję na elementy elektrycznego układu napędowego.
Niestety, Ferrari Luce dla dużej części kierowców nie jest tym, co mogliśmy sobie wyobrazić po pierwszych zdjęciach z wnętrza kabiny. Po premierze Luce akcje Ferrari spadły o ponad 6%, a sam szef marki w odniesieniu do chłodnego przyjęcia modelu wypowiedział się w kwestii najbardziej palącej dla fanów marki:
– Kiedy pojawia się nowa technologia, trzeba zadbać o to, aby była odpowiednio pokazana także w designie. Dlatego projekt musi być inny – mówił szef Ferrari.
Kierowcy, wnioskując po intensywnym szumie internetowym, najwyraźniej nie podzielają takiej strategii. Warto także podkreślić, że premiera pierwszego elektryka w gamie Ferrari miała aż nadto wymiar symboliczny. W bardzo zbliżonym czasie jeden z głównych konkurentów Ferrari – Lamborghini – wycofał się ze swojej strategii pełnej elektryfikacji gamy na rzecz hybrydyzacji. Naturalnie więc Ferrari miało “utrzeć nosa” swojemu konkurentowi, pokazując, że da się stworzyć mocnego, imponującego elektryka, który nie odbiega od swoich spalinowych “braci”. To jednak nie do końca się udało.
Ferrari Luce odbiega przede wszystkim od swojego historycznego dziedzictwa, co w obliczu tak silnych skojarzeń marki z kultową postacią Enzo Ferrariego jest bardzo kontrowersyjnym i ryzykownym zagraniem. Oczywiście, obecna strategia marki mówi o dotarciu do nowych odbiorców – tyle że, jak zauważają internauci, czy jest sens inwestować 3 miliony w samochód, który klimatem nie przypomina już Ferrari, a raczej Teslę?
Z tego względu na ten moment bardzo trudno stwierdzić, jaka będzie rynkowa przyszłość elektrycznego Luce. Można wręcz zaryzykować stwierdzenie, że gdyby Ferrari Luce było w swoim przekazie znacznie bardziej kultowe, analogowe i konwencjonalne, jego sukces byłby gwarantowany – przede wszystkim za sprawą fenomenalnej, wyróżniającej się kabiny oraz imponujących osiągów. Obecnie jednak Luce pozostaje rynkową zagadką – czas pokaże, czy faktycznie “młodzi duchem” kierowcy zdecydują się na Ferrari w technologicznym przebraniu, czy może na kontrowersyjnej premierze straci nie tylko Luce, ale i więcej modeli z gamy włoskiej marki.